Co kręci Sułtana?

Bydło jest interesowne, wyrachowane, a w życiu kieruje się najniższymi, bydlęcymi pobudkami. To truizm i nie pisałabym o tym, ale co innego wiedzieć, a co innego boleśnie poczuć we własnym sercu. Cios w sam jego środek zadał mi w ubiegły weekend ulubiony pies Sułtan.

Zabraliśmy Sułtana na wielką wyprawę na grzyby. Postanowiliśmy odwiedzić siostrę Agnieszkę i jej męża, Marka. Szczęśliwcy Ci mają piękny dom nad samym brzegiem jeziora Śniardwy. Przeszklona ściana parterowego salonu wprost zderza się z jeziorem i niebem, odcienie niebieskiego i zieleni wdzierają się do środka, a kiedy słońce zachodzi, no to po prostu jest orgia kolorów i wrażeń! A do tego kormorany, łabędzie, orły bieliki – i to wszystko o wyciągnięcie ręki, a w lasach grzyby w satysfakcjonujących ilościach – ach, szkoda gadać…

Sułtan wodę uwielbia, dawno nie miał okazji za patykiem do wody skakać, niech zazna raju, pomyślałam no i pojechał z nami. Miał to być także test na to, jak pies będzie się zachowywał w lesie. Czy nie zwietrzy zwierzyny i nie pójdzie, być może jak wtedy, rok temu, kiedy znaleźliśmy go na stacji? Podróż minęła sprawnie, cztery godziny w samochodzie pies zniósł dzielnie, autka nie zdewastował, choć podniecony był do szaleństwa, że na wielką wyprawę ze stadem wyrusza. Pierwsza wycieczka do lasu oprócz kosza grzybów przyniosła nam wiedzę, że pies w lesie zachowuje się na piątkę. Biega, ale bardzo się pilnuje, stara się nas nie stracić z oczu i przychodzi na wezwanie. Pysk mu się śmiał do ucha do ucha, widać było, że jest w swoim żywiole. Ale (i tu powoli dochodzimy do sedna sprawy) ja oglądałam Sułtana tylko wtedy, kiedy chodziłam po lesie razem z Wojtkiem. Kiedy oddalałam się, dla psa przestawałam istnieć. Sułtan nigdy (ani razu, nigdy!!!!) nie przyszedł do mnie. Zawsze znajdował Wojtka. Tylko na niego patrzył, tylko jego ruchy śledził, tylko za nim biegał. Ja byłam przezroczysta, byłam jak drzewo, które należy wyminąć, jak nędzna olszówka albo krowiak, po których wzrok się tylko ześlizguje w poszukiwaniu prawdziwków! Na moje wołanie pozostawał głuchy, na wezwanie Wojtka przychodził od razu.

Przełknęłam jakoś tę gorzką pigułkę. Na obcym terenie, kiedy pies czuje się niepewnie, widać, kogo uważa za przewodnika i jego się trzyma. Ot, głupie bydlę, pomyślałam, daje się nabierać na takie pozory siły i władzy jak duża postura, niski głos, bardziej energiczne ruchy, silniejszy uścisk ręki… A może zadziałało to, że Wojtek prowadził samochód, był na czele stada…? Cóż, pomyślałam, w drodze powrotnej ja poprowadzę, może to da mu trochę do myślenia, a jeśli nawet nie, no to trudno: jego się słucha, ale mnie kocha!

Wróciliśmy do domu, Sułtan się kąpał w jeziorze, roziskrzonym wzrokiem patrzył na jezioro, przez przeszkloną ścianę oglądał żurawie, cały dom zwiedził, obwąchał, zjadł swoją miskę żarcia i poszedł spać z nami w pokoju. Zmęczony, brudny, cały w rzepach i przeszczęśliwy.

Na drugi dzień wybraliśmy się do lasu ze szwagrem Markiem, jego samochodem. Marek ma większy samochód, sam jest wyższy od Wojtka, grubszy i mówi donośniej. Kiedy się złości, to bardziej i głośniej, no w ogóle taki bardziej macho jest. I jak Sułtan zdążył się zapewne już zorientować, dom ma większy niż Wojtek i przede wszystkim z dostępem do jeziora. Czy mam pisać coś więcej…?

Tak, tak, na tym spacerze nie oglądaliśmy Sułtana oboje, ani ja, ani Wojtek! Żebyście wiedzieli, jak on temu Markowi przymilnie w oczy patrzył, jak się przytulał, jak się wdzięczył, jak pół kroku przed niego wybiegał, jak jakiś służący! Tylko patrzyłam, kiedy mu zacznie grzyby w zębach przynosić, do koszyka wkładać!

Skończył się sen Sułtana o lepszym życiu nad brzegiem jeziora, o wypłaszaniu kaczek z zarośli, o wielkim samochodzie, którym będzie wyruszał na wyprawy ze swoim wielkim panem. Na drugi dzień posłusznie wcisnął się do naszego niewielkiego bagażnika i wróciliśmy do domu.

Teraz Sułtan ma nowych idoli. Są nimi robotnicy, którzy rozwalali nam stary garaż, a teraz budują nowy. Mają wielkie młoty, łomy, drągi i kiedy podniosą je do góry biorąc zamach wydają się naprawdę potężni. Jednocześnie okazują jemu, Sułtanowi, wiele łaskawości, gdyż dzielą się z nim swoimi kanapkami.

Jak tak na to wszystko z boku człowiek popatrzy, to wychodzi, że kochać to bydło można, ale szanować go w żaden sposób się nie da!

6 października 2006

cokrecisultana_01

(c) Ela Bazgier 2006

Opublikowane w:  on 09/12/2008 at 21:08 Dodaj komentarz
Tags: , , ,

Już są!

Dwa dni po ostatecznym terminie, w południe… Sztuczka urodziła 5 (!!!) świnek – zdrowych, całych, ślicznych! A miały być tylko 3 lub 4! Jest pięć: wszystkie długowłose, zmierzwione futro, bardzo kolorowe. Maść po mamie, potargane i długie futro po ojcu. Cztery biało-rudo-ciemnobrązowe, jedna – bardzo ciemna, czarno-brązowa. Dwie wielkie, trzymają się razem, biegają za mamusią i we wszystkim ją naśladują. Najbardziej operatywne, odważne i samodzielne. Prawa ręka mamusi, takie lizuski, jej pociecha na starość. Trzy trzymają się razem, są mniejsze, ale piękne, a jedna najsłabsza w miocie, najmniejsza, ale też dobrze sobie radzi. Godzinę po porodzie już wyglądały jak miniaturki dorosłych świnek i poruszały się po klatce. A dziś biegają i skubią trawę, popiskują, pokwikują. Sztuka zagania i zagarnia je głową, ale potrafi też stracić zainteresowanie i przysnąć sobie w domku. Nie widać, aby była jakoś szczególnie nadopiekuńcza. Wygląda więc na to, że małe wyrosną na asertywne, samodzielne, ale ufne świnie! Będą przyjazne człowiekowi, bo od małego przyzwyczajamy je do naszego towarzystwa, często bierzemy na ręce. A dziś rano dostałam takiego esemesa od mojej koleżanki i sąsiadki, Agnieszki: “dwa czarne, dwa szare, poród między 24 a 1 w nocy na łóżku Szymona, teraz święta rodzinka przeniesiona do szafy w łazience”. Niewtajemniczonym donoszę, ze chodzi o kocicę Agnieszki, Matyldę. Już od dawna podejrzewaliśmy, że jej nocne spacery będą miały konsekwencje. No i mają! Tak więc bociany odwiedziły Milanówek, bydło nam się mnoży, szkoda, że małe świnki i małe koty nie mogą się razem chować…

PS: Świnek jest cztery. Ta najsłabsza niestety porzuciła już to wcielenie…

23 sierpnia 2006

(c) Ela Bazgier 2006

Rodzić po świńsku morsku

Minął już tydzień od kiedy lekarka powiedziała “Za tydzień, dwa”. Sztuka nie urodziła, ale wygląda na to, że czuje się dobrze. Żeruje, pije wodę, jest ożywiona, może śpi trochę więcej, a gruba jest jak beka. Małe się ruszają! Kiedy się ją weźmie na ręce, można poczuć jak się obracają, przekręcają i kopią. Czasem bardzo delikatnie, a czasem naprawdę mocno. Wydaje mi się, że wyczuwam ich tętno, ale nie wiem, czy to możliwe, żeby tak przez skórę poczuć jak bije serce małej świnki. W każdym razie coś bije i nie jest to serce Sztuki, bo po przeciwnej stronie od jej serca bije.
W drugiej klatce, ale przylegającej do klatki Sztuki siedzi ojciec Maurycy Pizdryk oraz ciocia – Ta Mała Świnia Pchła. I one przez kraty ze Sztuka rozmawiają. Zaglądają do siebie, gruchają i porozumiewają się – słowo daję! Przypomniało mi się, jak w zamierzchłych czasach wczesnych latach -80, długo przed akcją “rodzić po ludzku” i instytucją porodów rodzinnych chodziłam na basen na Inflanckiej w Warszawie i po drodze mijałam szpital położniczy na ulicy Inflanckiej. Tam zawsze na chodnikach stali ojcowie i machali do kobitek które stały w oknach z zawiniątkami, i wyginały je, pochylały tak, by ojcowie mogli zobaczyć choć ciemne włoski… A niektóre jeszcze bez zawiniątek tylko uśmiechały się i machały. Latem okna były otwarte i można było rozmawiać, a zimą tylko te uśmiechy i gesty pozostały. No więc Sztuka z Maurycym Pizdrykiem tak właśnie do siebie machają i coś tam sobie szepczą. Jeszcze bez zawiniątka.
Oprócz tego, że Świnia nie urodziła, niepokoi mnie jeszcze jedna rzecz. Otóż kiedy Sztuka siedzi w swoim domku i drzemie, z drugiej klatki dochodzi radosne gruchanie i Maurycy ugania się za Pchłą. Wyskakuje z czterech łap do góry jak młodzieniaszek. Kołysze się na boki, stroszy futro, podąża za nią krok w krok… Oj, pachnie mi to jakimś rodzinnym skandalem!

****
Właśnie usłyszałam przez radio, w programie o podróżach kulinarnych, że pieczone albo duszone świnki morskie są narodową potrawą w Peru. Dziwny jest ten świat…

9 sierpnia 2006

(c) Ela Bazgier 2006

Do trzech razy Sztuka Nowoczesna

Tym razem uzbroiliśmy się po zęby! Postanowiliśmy wygrać z naturą, przechytrzyć zły los, uprzedzić bieg wydarzeń. Pewnie, że ciąża to nie choroba, ale po stracie dwóch świnek i ich nie narodzonych dzieci, po tych cesarkach, smutnych rozmowach z lekarzami, łzach Gabrysi i pogrzebach pod świerkami, ciąża kolejnej świnki Sztuki Nowoczesnej wywołała w nas stan najwyższej gotowości bojowej.
Sztuka została zawieziona do najlepszego specjalisty od USG w Warszawie. 15 minut jeździł jej po wydatnym brzuchu i oto jaka diagnoza “ciąża mnoga, prawidłowa – widoczne płody żywe, ok. 5,5 na 2 cm, akcja serca płodów rytmiczna, wody płodowe w niewielkiej ilości, klarowne. Brak uchwytnej patologicznej zawartości w macicy. Wątroba, pęcherzyk żółciowy, śledziona, nerki i pozostałe narządy bez zmian. Brak płynu w jamie otrzewnej.” Na razie jest dobrze! Następnie okazaliśmy świnię najlepszej specjalistce od gryzoni, polecanej przez fora internetowe oraz innych weterynarzy. Pani doktor jest dobrej myśli. Świnia jest w bardzo dobrym stanie i ma szansę urodzić normalnie, bez operacji. Zresztą, operacja nie jest wcale lekka i nie ma gwarancji, że ją przeżyje – już coś o tym niestety wiemy… Dostaliśmy listę zaleceń, jak następuje:
1. trzy razy dziennie lekarstwa i witaminy do pyszczka pipetką: wapno, witaminę c i jeszcze coś takiego kleistego;
2. przenieść świnkę do oddzielnej klatki;
3. obserwować świnkę, czy nie wystąpiła akcja porodowa; dobrze by było zaglądać do niej w nocy;
4. w razie rozpoczęcia akcji porodowej jechać do lekarza do Warszawy – nazwiska lekarzy podane.
Wykonaliśmy dwa pierwsze polecenia i trzecie częściowo. Bez bicia się przyznaję, że nie udało nam się wstać do świnki w nocy, aby czynić zalecone obserwacje.
Na poród możemy oczekiwać do dwóch tygodni. Wszystko powinno pójść dobrze, bo płody są małe, więc nie powinno być kłopotów z ich urodzeniem. Na niekorzyść świadczy wiek Sztuki – trzy lata to jak na pierwszą ciążę dużo. A co będzie jak zacznie rodzić w nocy? Będziemy jechać w nocy do Warszawy na sygnale i wskazanego lekarza wyciągniemy z łóżka? Mam wrażenie, że z moimi ciążami było mniej zamieszania… Na szczęście żadnej nocy nie zarwałam. No i nie musiałam się przeprowadzać do osobnego mieszkania… Ale dobrze, dobrze, już nie marudzę! Małe świnki to wielka radość i bardzo chciałabym choć raz ją przeżyć. Podobno rodzą się zupełnie gotowe, z futerkiem, po dwóch dniach normalnie jedzą! Muszą być śliczne. I Sztuka, nasza Sztusia, jaka mamusia z niej będzie!? Ciekawe, jak będzie je karmić? Czy będą podobne do niej czy do Maurycego – bo matka od ojca bardzo się wyglądem różnią. Żeby tylko wszystko się udało! Trzymajcie kciuki!

6 sierpnia 2006

sztuka

(c) Ela Bazgier 2006

Bydło Joli i Romana

Moja córka Gabrysia spędza wakacje ze swoim ukochanym koniem w stadninie “U Kowala”, na skraju Puszczy Bolimowskiej. Stadnina należy do Joli i Romana, wielkich miłośników koni i nie tylko. Wizyty u nich pozwalają mi we właściwej perspektywie zobaczyć moje stado, które kocham, ale na które często narzekam, że tyle przy nim pracy… Ja narzekam, a co oni mają powiedzieć! Przy ich inwentarzu mój jest po prostu żaden! Aż mi głupio, że odmawiam wzięcia kolejnych bezdomnych zwierząt, no bo cóż ja mam!? Dwa psy, trzy koty, trzy morskie świnki i konia! U Romana zaś i Joli zgodnie żyją ze sobą Stefan terrier, mały kundel Gruszka, koty: Oliwka, Prezes i Sekretarka plus dwoje ich dzieci, świnia wietnamska Fred, kucyki: Perełka i Pepsi oraz dziewięć koni! A ostatnio przybył jeszcze jeden stołownik: mała sarenka Zizu. Zizu została przyniesiona przez leśnika i prawdopodobnie zostanie już u Kowala na zawsze. Trzy razy dziennie wbiega do domu na butelkę mleka, a za nią krok w krok podąża terrier Stefan. Zizu ma na szyi zieloną apaszkę, a Stefan czerwoną, i jest to jedna z niewielu różnic między nimi. Dziwnym trafem bowiem pies myśliwski i sarna są do siebie bardzo podobne; może przez to wspólne przebywanie tak się upodobniły? Biegają takim samym truchtem, podobnie się ruszają, mają podobnie długie nogi i w identyczny sposób dopominają się butelki z mlekiem. Pani Jola trzyma butelkę, Zizu zachłannie ssie, Stefan zlizuje mleko, które kapie jej po brodzie i próbuje przechwycić smoczek. On też chce! Jola ma dobre serce, więc Stefan dostaje drugą butelkę: teraz piją jednocześnie – sarna i pies. Ale Stefan jest zazdrosny o to mleko Zizu, więc próbuje pić swoje i jednocześnie wytrącić smoczek z pyszczka sarny. Na chwilę mu się udaje i teraz ma dwa smoczki, ale Zizu jednym celnym ruchem podbija smoczek do góry i odzyskuje swoją butelkę. Można patrzeć na to godzinami i jest najlepsze kino familijne, jakie ostatnio widziałam!

29 lipca 2006

zizu_011

zizu_02

zizu_03

Opublikowane w:  on at 20:57 Dodaj komentarz
Tags: , , ,

Pies na trufle

Z samego rana, ledwo zdążyłam włączyć komputer, do pokoju wszedł Wojtek i powiedział “Zobacz co znalazł Sułtan!”. Trzymał w ręku coś małego, co pachniało bosko, zapachem przypominało wigilijny bigos, ten zaś kojarzył się z zimą… Na dworze zaś było 33 stopni w cieniu.

“Wykopał z ziemi! Trochę podobne do tęgoskóra, ale to na pewno nie jest tęgoskór. Może to trufle?’ – rzucił trochę żartem, ale mi wyobraźnia natychmiast zaczęła pracować.

Trufle! Najdroższe grzyby świata w naszym ogrodzie! W Paryżu – 3000 euro za kilogram, na południu Francji 2000 euro – też niezłe pieniądze. Przez chwile poczułam się jak biedny Arab, na ziemi którego odkryto złoża ropy naftowej.

No, ale trufle w Polsce? Czy to w ogóle możliwe? Wiadomości z internetu niczego nie rozstrzygnęły. Trufle występują przede wszystkim w krajach śródziemnomorskich i do ich znajdowania wykorzystuje się świnie oraz psy. Psy są lepsze, gdyż świnie często zjadają znalezione grzyby, lubią je bowiem tak jak my. Psy wolą inne przysmaki, więc można je przekupić: oddadzą wykopaną truflę za wędzony bawoli ogon albo świeżą wołowinkę. Najpierw uczy się psa aportować gumowe piłeczki wielkości trufli, potem piłeczkę zamienia się na kawałki sera gorgonzola, aż wreszcie zamiast gorgonzoli pies dostaje w zęby prawdziwą, drogocenną truflę i jej zapachu się uczy. Jeśli mamy w ogrodzie trufle, pies Sułtan jest talentem samorodnym i nie musimy już niczego go uczyć. Albo sporo oszczędzamy, gdyż pies wyszkolony do zbierania trufli kosztuje 5000 euro! W Polsce trufle znaleziono w okolicach Częstochowy i naukowcy od grzybów przypuszczają, że mogą występować także w okolicach Krakowa. Milanówek od Częstochowy niedaleko – tylko 200 km, klimat ten sam – tego lata jak na południu Europy. Kiedy zaś dowiedziałam się, że trufle występują w ziemi wapiennej, często pod dębami, wpadłam w euforię: ziemia w tym miejscu jest jak najbardziej wapienna, gdyż przy budowie domu właśnie tam rozrabiane było wapno i cement, a góruje nad nią wielki rozłożysty dąb – ozdoba naszego ogrodu! Niestety kolejne wiadomości nieco ostudziły mój entuzjazm. Oprócz trufli, tych najdroższych i pożądanych, to mógł być jeszcze jeleniak sarni, jeleniak myszaty, piestrak jadalny albo czarnobrzuszek filcowaty… Chociaż, bulwiasty kształt, wielkość orzecha laskowego, kolor (śliczny marmurkowy deseń) wskazywałyby na prawdziwą truflę! Jednak zapach miała jakby znajomy, mało egzotyczny, kojarzący się raczej z knajpkami typu Chłopskie Jadło przy szosie E7 niż z zacienionymi winoroślą restauracyjkami w Prowansji…

Zagadka jest nierozwiązana. Trufla leży na półce w kuchni, skurczyła się, zeschła… Nikomu z nas nie chciało się szukać specjalisty od grzybów, aby rozwiał nasze wątpliwości. A może nie chcemy pozbawiać się marzeń o tym, że życie potrafi płatać najdziwniejsze niespodzianki, że cuda są możliwe, święty Mikołaj i krasnoludki istnieją, więc i pies Sułtan będzie znajdował w naszym ogrodzie coraz to nowe pokłady trufli i od tej pory żyć będziemy z tych trufli jak z odsetek lokaty bankowej – długo i szczęśliwie.

29 lipca 2006

(c) Ela Bazgier 2006

Opublikowane w:  on at 20:51 Dodaj komentarz
Tags: , , ,

Wściekłe wiewiórki

Nasz ogród zaatakowały wiewiórki. Może wydaje wam się, że słowo “atak” do tych słodkich, uroczych rudziutkich zwierzątek nie pasuje? Mylicie się! Nasze wiewiórki to nie są oswojone “basie” z Łazienek, które z rąk spacerowiczów biorą orzeszki. Nasze wiewiórki są agresywne i bardzo złoszczą się na nasz widok. Kiedy ostatnio wczesnym rankiem wracałam do domu z zakupów i otworzyłam bramę, usłyszałam stek wyzwisk i coś spadło mi na głowę z drzewa. Na górze siedziała wiewiórka, wbiła we mnie wzrok i darła się nieprzytomnie, jakimś skrzekliwym, gardłowym wrzaskiem. Nie wiem, czy wiewiórki potrafią pluć, ale głowę bym dała, że ta strzykała na mnie śliną. Nasz ogród uznała za swój i chyba wyobraża sobie, że nas z niego przepędzi… Kilka dni potem Gabrysia chciała ją sfotografować (to znaczy tę albo inną); kiedy błysnął flesz, wiewiórka wpadła w szał: wybałuszyła oczy, wyszczerzyła zęby, nastawiła te swoje sterczące uszy na baczność i wymyślała Gabie od najgorszych. Była straszna! Martwimy się o koty. Co będzie, jeśli wpadnie im do głowy zapolować na wiewiórki? Tego spotkania mogą po prostu nie przeżyć… Mój niepokój nie jest bezzasadny, gdyż ostatnio kot Paśko przegrał w starciu z ptakiem. Nie wiem, co to był za ptak, grunt, że w krzakach się zakotłowało, rozległ się ptasi skrzek, po czym wyskoczył Paśko z okrągłymi z przerażenia oczami i schował się na ganek. A może w krzakach była wiewiórka…?

23 czerwca 2006

wiewiorki_002

Nasz ogród zajęły wiewiórki…

wiewiorki_01

…wściekały się

wiewiorki_02

…i wymyślały nam

wiewiorki_03

…pluły

wiewiorki_04

…i złorzeczyły.

(c) Ela Bazgier 2006

Opublikowane w:  on at 20:43 Dodaj komentarz
Tags: , ,

Go wykastrować

W szeregu moich obrońców przed siłami Marsa i Saturna stanął także pies Sułtan. Przy okazji leczenia kota ujawniła się jego, Sułtana, przykra dolegliwość, na jaką często zapadają mężczyźni po pięćdziesiątce. W rzeczy samej, Sułtan ten wiek przekroczył już dawno – według naszej ludzkiej miary dobiega raczej siedemdziesiątki. Tak czy siak Sułtan cierpi na dolegliwości prostaty i jak tylko przejdzie kurację antybiotykową czeka go operacja.

“Pies jest do kastracji!” – zawyrokowała doktor Sabina z satysfakcją w głosie. Doktor Sabinę podejrzewam o jakąś skrywaną agresję do mężczyzn, którą projektuje na psy i koty w taki sposób, że z lubością je kastruje. Choć doktor nosi się z wyraźną pogardą dla wszelkiej kokieterii i całym swym wyglądem sugeruje, że nie zamierza zabiegać o niczyje względy, to moje przypuszczenia mają mocniejsze podstawy. Po pierwsze sama nam ostatnio wyznała, że ludzi się brzydzi, a mężczyzna to przecież człowiek. Po drugie wciąż mam przed oczami scenę, jakiej byłam świadkiem w jej gabinecie nie tak dawno temu:

Do gabinetu zajrzała pacjentka, ale widząc że doktor jest zajęta zagadnęła nieśmiało:

“Pani doktor, ja tylko chciałam spytać, kiedy mogłabym przyjść wykastrować kota?”

Sabina oderwała wzrok od recepty:

“W każdej chwili – powiedziała z zachęcającym uśmiechem. – Jutro jest poniedziałek, więc jutro pani może go wykastrować. I we wtorek możemy go wykastrować. W środę też mogę go wykastrować. W czwartek można go wykastrować. W piątek może pani przyjść to go wykastruję. W sobotę też. I nawet w niedzielę mogę go wykastrować.”

Po czym oblizała się lubieżnie i chyba troszkę sadystycznie…

30 maja 2006

(c) Ela Bazgier 2006

Opublikowane w:  on at 20:29 Dodaj komentarz
Tags: , ,

Jańcio zamiast mnie?

W ubiegłym tygodniu Mars bieżący ustawił się naprzeciwko mojego urodzeniowego Saturna. Opozycję Marsa do Saturna astrolog wita niechętnie, bo raczej nic dobrego z niej nie wynika. Miałam czuć się źle, być przeciążona obowiązkami, stawać wobec trudnych wyborów, uświadamiać sobie trudne do przyjęcia prawdy. Przy takich tranzytach można przewidywać wypadki i kłopoty zdrowotne. Działają wtedy na człowieka dwie sprzeczne siły i każda ciągnie w swoją stronę: Saturn to siła zachowawcza, konserwatywna, oznaczająca bezruch, stagnację, przemijanie, śmierć; Mars – ekspansję, agresję, podbój, ruch do przodu, wojnę, zmianę przez zburzenie starego. Kiedy te dwie sprzeczne siły działają jednocześnie, powstaje stres, wewnętrzny konflikt, ludzie się spinają, miotają, wysilają, biją ze swoimi myślami, męczą ze sprzecznymi uczuciami. A czasami następuje “zwarcie” – coś się tam w środku, w organizmie przepali, pęknie, urwie…

Wiele razy zdarzyło nam się, że trudny i niebezpieczny układ planet, jaki miało któreś z nas, ludzi, “brały na siebie” nasze zwierzęta. Kilka lat temu, kiedy Wojtek miał tranzyt Marsa i Saturna po Słońcu w kwadraturze do Merkurego, umarł kot Baryła. Była to śmierć w młodym wieku, niezasłużona, niepotrzebna, ot zatruł się czymś toksycznym, co zeżarło mu szpik kostny. Jeszcze wcześniej, kiedy Saturn i Pluton tranzytował Wojtka Słońce, jego kot został uśpiony prze pomyłkę lekarza. Potem okazało się, że można go było wyleczyć. Podczas innych, trochę mniej niebezpiecznych tranzytów, nasze psy gryzły się z innymi albo chorowały.

Tak więc wieczorem Gabrysia zauważyła, że kot Jańcio dziwnie oddycha. Dyszał jak parowóz, z trudem nabierał powietrze, leżał skulony, z grzebietem uniesionym do góry. Wyglądał marnie. Z samego rana trafił do lekarza, gdzie dostał antybiotyk i leki przeciwzapalne – tak jak myśleliśmy, zdiagnozowali zapalenie płuc. Ale wieczorem jego stan się pogorszył. Widać było, że walczy o każdy oddech. Intuicja powiedziała mi, że trzeba jechać do doktor Sabiny, bo ona lubi koty, ma do nich serce i nosa.

No i doktor Sabina, pomrukując pod nosem “jasna cholera cholera jasna co on tu ma ten kot o ja Cię kręcę o ja Cię przepraszam no niech ja skonam biedny kot niech pan go trzyma bo mu płuco przebiję” wkłuła się Jańciowi do opłucnej, skąd wyciągnęła mu 6 (sześć!) grubych strzykawek brunatnej cieczy. Jańcio, jak pokazał rentgen, oddychał tylko małym fragmentem płuc, resztę blokowała mu woda. Po zabiegu kot odetchnął pełna piersią, uspokoił się, doktor Sabinie ręce przestały się trząść, ale to nie był koniec… Na drugi dzień bowiem zrobiliśmy kotu badania krwi, które wykazały, że zapalenie płuc jest skutkiem białaczki. U kotów białaczka nie jest rakiem krwi jak u ludzi, tylko wirusem, który kot w sobie nosi i który, gdy się uaktywni, powoduje dalsze choroby i powikłania. Wiele wskazuje na to, że u Jańcia uaktywnił się pod wpływem stresu, jakim było dla niego zniknięcie Paśka. To właśnie wtedy zaczął gorzej się czuć.

Na razie codziennie jeździmy do lekarza na zastrzyki i Jańcio jest w niezłej formie. Ale leczenie białaczki to sprawa trudna i długa. Wirusa całkiem nie usuniemy, możemy go tylko osłabić, wzmocnić odporność kota i zapobiec temu, by ujawniał się w tak ostrej formie, jak ostatnio.

Tranzyt minął, kocia białaczka pozostała, jasna cholera cholera jasna, jak mówi nasza pani doktor… I pozostało pytanie, czy zwierzęta mogą być naszym buforem przed złym losem? Czy te znane nam przypadki były tylko czystymi przypadkami, czy jest w nich jakiś głębszy sens? Czy moje tranzyty powodują, że moje zwierzęta chorują i w związku z tym JA mam kłopot, czy też zamiast bezpośrednio we mnie uderzają w moje zwierzęta i one chorują zamiast mnie – a ja tylko mogę je ratować leczyć i im współczuć?

30 maja 2006

zamiastmnie_01

zamiastmnie_02Iloma szczegółami różnią się obrazki lewy i prawy?

(c) Ela Bazgier 2006

Paśko raz jeszcze

Z tym bydłem to się człowiek ma! Już mnie nic w kwestii bydła nie zdziwi. Po trzech tygodniach wrócił Paśko!

Rano jak gdyby nigdy nic wbiegł truchtem do naszej sypialni i powiedział “mrau”.

Wcale się nie zmienił, a nawet wygląda lepiej niż przed zniknięciem. A na pewno o wiele lepiej niż Jańcio. Jest czyściutki, boki ma zaokrąglone, sierść błyszczącą, spojrzenie jasne i czyste. Z podniesionym ogonem wskoczył na kuchenny blat, dostał powitalny twarożek, wylizał talerz do czysta, obszedł wszystkie kąty, połasił się do nas, pomruczał.

Jakby w jakąś dziurę czasową wpadł! Wygląda na to, że musiał się gdzieś przymieszkać, gdzie o niego dbali, hołubili go, dokarmiali. Jańcio wodzi za nim spojrzeniem skrzywdzonej kochanki. Wbił wzrok w jego kark i próbował starych zabaw paraseksualnych. Bowiem przed odejściem Paśka Jańcio dominował go jak kotkę, właził na niego, no i ogóle tak się z nim zabawiał jak z narzeczoną. Paśko zawsze znosił to w pokorze, ale widać było, że takie figle mu nie w smak, oczy tylko mrużył i przy byle okazji uciekał. Teraz od razu zrzucił Jańcia z grzbietu, spojrzał na niego wyniośle, dał mu łapą po nosie i powiedział “Więcej nie będziesz mi tego robił.”

Dzwonił na niebieską linie czy co? Był na kursie asertywności? Znalazł sobie prawdziwą kochankę i sprawdził się jako mężczyzna?

Niezbadane są ścieżki, którymi to bydło chadza, i człowiek żeby nie wiem jak się starał, to za tym bydłem nie trafi! Na cześć Paśka kupię dziś dodatkowa porcję śmietanki pełnotłustej, mam nadzieję że zdążę zanim znów zniknie…

9 maja 2006

paskoznowJańcio i Paśko zgodnie znów zażywający wypoczynku na osobnych fotelach.

(c) Ela Bazgier 2006

Opublikowane w:  on at 20:18 Dodaj komentarz
Tags: ,