Bydło jest interesowne, wyrachowane, a w życiu kieruje się najniższymi, bydlęcymi pobudkami. To truizm i nie pisałabym o tym, ale co innego wiedzieć, a co innego boleśnie poczuć we własnym sercu. Cios w sam jego środek zadał mi w ubiegły weekend ulubiony pies Sułtan.
Zabraliśmy Sułtana na wielką wyprawę na grzyby. Postanowiliśmy odwiedzić siostrę Agnieszkę i jej męża, Marka. Szczęśliwcy Ci mają piękny dom nad samym brzegiem jeziora Śniardwy. Przeszklona ściana parterowego salonu wprost zderza się z jeziorem i niebem, odcienie niebieskiego i zieleni wdzierają się do środka, a kiedy słońce zachodzi, no to po prostu jest orgia kolorów i wrażeń! A do tego kormorany, łabędzie, orły bieliki – i to wszystko o wyciągnięcie ręki, a w lasach grzyby w satysfakcjonujących ilościach – ach, szkoda gadać…
Sułtan wodę uwielbia, dawno nie miał okazji za patykiem do wody skakać, niech zazna raju, pomyślałam no i pojechał z nami. Miał to być także test na to, jak pies będzie się zachowywał w lesie. Czy nie zwietrzy zwierzyny i nie pójdzie, być może jak wtedy, rok temu, kiedy znaleźliśmy go na stacji? Podróż minęła sprawnie, cztery godziny w samochodzie pies zniósł dzielnie, autka nie zdewastował, choć podniecony był do szaleństwa, że na wielką wyprawę ze stadem wyrusza. Pierwsza wycieczka do lasu oprócz kosza grzybów przyniosła nam wiedzę, że pies w lesie zachowuje się na piątkę. Biega, ale bardzo się pilnuje, stara się nas nie stracić z oczu i przychodzi na wezwanie. Pysk mu się śmiał do ucha do ucha, widać było, że jest w swoim żywiole. Ale (i tu powoli dochodzimy do sedna sprawy) ja oglądałam Sułtana tylko wtedy, kiedy chodziłam po lesie razem z Wojtkiem. Kiedy oddalałam się, dla psa przestawałam istnieć. Sułtan nigdy (ani razu, nigdy!!!!) nie przyszedł do mnie. Zawsze znajdował Wojtka. Tylko na niego patrzył, tylko jego ruchy śledził, tylko za nim biegał. Ja byłam przezroczysta, byłam jak drzewo, które należy wyminąć, jak nędzna olszówka albo krowiak, po których wzrok się tylko ześlizguje w poszukiwaniu prawdziwków! Na moje wołanie pozostawał głuchy, na wezwanie Wojtka przychodził od razu.
Przełknęłam jakoś tę gorzką pigułkę. Na obcym terenie, kiedy pies czuje się niepewnie, widać, kogo uważa za przewodnika i jego się trzyma. Ot, głupie bydlę, pomyślałam, daje się nabierać na takie pozory siły i władzy jak duża postura, niski głos, bardziej energiczne ruchy, silniejszy uścisk ręki… A może zadziałało to, że Wojtek prowadził samochód, był na czele stada…? Cóż, pomyślałam, w drodze powrotnej ja poprowadzę, może to da mu trochę do myślenia, a jeśli nawet nie, no to trudno: jego się słucha, ale mnie kocha!
Wróciliśmy do domu, Sułtan się kąpał w jeziorze, roziskrzonym wzrokiem patrzył na jezioro, przez przeszkloną ścianę oglądał żurawie, cały dom zwiedził, obwąchał, zjadł swoją miskę żarcia i poszedł spać z nami w pokoju. Zmęczony, brudny, cały w rzepach i przeszczęśliwy.
Na drugi dzień wybraliśmy się do lasu ze szwagrem Markiem, jego samochodem. Marek ma większy samochód, sam jest wyższy od Wojtka, grubszy i mówi donośniej. Kiedy się złości, to bardziej i głośniej, no w ogóle taki bardziej macho jest. I jak Sułtan zdążył się zapewne już zorientować, dom ma większy niż Wojtek i przede wszystkim z dostępem do jeziora. Czy mam pisać coś więcej…?
Tak, tak, na tym spacerze nie oglądaliśmy Sułtana oboje, ani ja, ani Wojtek! Żebyście wiedzieli, jak on temu Markowi przymilnie w oczy patrzył, jak się przytulał, jak się wdzięczył, jak pół kroku przed niego wybiegał, jak jakiś służący! Tylko patrzyłam, kiedy mu zacznie grzyby w zębach przynosić, do koszyka wkładać!
Skończył się sen Sułtana o lepszym życiu nad brzegiem jeziora, o wypłaszaniu kaczek z zarośli, o wielkim samochodzie, którym będzie wyruszał na wyprawy ze swoim wielkim panem. Na drugi dzień posłusznie wcisnął się do naszego niewielkiego bagażnika i wróciliśmy do domu.
Teraz Sułtan ma nowych idoli. Są nimi robotnicy, którzy rozwalali nam stary garaż, a teraz budują nowy. Mają wielkie młoty, łomy, drągi i kiedy podniosą je do góry biorąc zamach wydają się naprawdę potężni. Jednocześnie okazują jemu, Sułtanowi, wiele łaskawości, gdyż dzielą się z nim swoimi kanapkami.
Jak tak na to wszystko z boku człowiek popatrzy, to wychodzi, że kochać to bydło można, ale szanować go w żaden sposób się nie da!
6 października 2006

(c) Ela Bazgier 2006